Jako, że dawno już nic nie pisałam w dziale antropologicznym dzisiaj się poprawię i w końcu coś zamieszczę ;)

Myślę, że każdy używa od czasu do czasu jakichś przysłów i powiedzeń, ale czy znamy ich genezę? W większości przypadków pewnie nie, a szkoda bo nie jednemu porzekadłu towarzyszy ciekawa przypowieść, przygoda czy historia.

Przysłowia towarzyszyły człowiekowi od najdawniejszych czasów w niemalże we wszystkich językach świata. Kolebką najstarszych przysłów europejskich była starożytna Grecja. Określano je tam mianem paroimia, od którego wywodzi się współczesny termin paremia. Drugim źródłem był starożytny Rzym, gdzie były zwane proverbiami. Trzecim źródłem przysłów była Biblia, szczególnie jej Księgi przypowieści.

Skąd przysłowia się wywodzą, ano zewsząd, z różnych dziedzin kultury. Jedne powstają anonimowo, tak jak pieśń ludowa, bajka czy zagadka, i biorą swój ród z dawnej obyczajowości, wierzeń, zabobonów, z zapomnianych już dzisiaj formułek prawniczych i medycznych, z obserwacji przyrodniczych i meteorologicznych, z praktyki różnych zawodów, z anegdot i dowcipów sławnych ludzi.
Jeśli chodzi o powiedzenia z czasów obecnych, wiele z nich rodzi się spontanicznie, tak jak to było w przypadku pomyłki  Jarosława Kaczyńskiego, z której wynikło że: „Białe jest czarne a czarne białe”, coraz częściej dużo do powiedzenia ma pop kultura i reklamy, tak jak to było w przypadku Ery: „Tak to tylko w Erze” czy w kampanii piwa: „Prawie robi różnicę”. Określenia te i wiele innych już na stałe utarły się w kanonie językowym. Ale są również porzekadła, które wywodzą się spod najwspanialszych piór pisarzy i myślicieli.
„Większy Pan Bóg niż pan Rymsza” jest Adama Mickiewicza, „Nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” wywodzi się z Lilli Wenedy Juliusza Słowackiego, a słynne „Być albo nie być” z samego Hamleta Williama Szekspira.

Poniżej przedstawię parę bardziej znanych porzekadeł i historii ich powstania.

Czarownica z Łysej Góry

Od dzieciństwa nasłuchaliśmy się o niezliczonej liczbie Babach Jagach i innych złych wiedźmach. Świat dla ludzi pierwotnych był pełny zagadek i niezrozumiałości, wszystko było owiane tajemnicą, z każdego kąta czyhały na człowieka demony i złe moce. Nieznajomość podstawowych praw przyrodniczych budziła w ludziach lęk, przez co wierzono w różne zaklęcia, w cudowne możliwości wybranych ludzi bądź przedmiotów.
Czarownicami, babkami bądź wiedźmami nazywano na dziewiętnastowiecznej wsi kobiety, które zajmowały się leczeniem za pośrednictwem ziołolecznictwa. Ludziom wydawało się, że kobiety te muszą być zbratane z siłami nadprzyrodzonymi, wręcz nieczystymi, bano się ich i unikano. Bezgranicznie wierzono, że taka wiedźma potrafi na człowieka sprowadzić nieodwracalne nieszczęście. Jeszcze w zapiskach dawnych badaczy wsi polskiej, jej folkloru u Oskara Kolberga, Zygmunta Glogera zachowało się sporo informacji o „odczarowywaniu zaklęć”, zachowały się również opowieści, klechdy o strasznych dziwach i o lataniu na miotle. Sprawa działania czarownic w owych czasach nie należała do błahych, nawet ludzie wykształceni wierzyli w wiedźmy i się ich bali. Na terenie całej Europy od średniowiecza aż po wiek osiemnasty odbywała się okrutna rzeź pod nazwą „polowania na czarownice” (tutaj możecie się zapoznać z historycznym rysem), płonęło tysiące stosów na których żywcem ginęły niewinne kobiety.
Wracając do genezy powiedzenia „Czarownica z Łysej Góry”. Samotne, nie zadrzewione góry budzą w człowieku grozę i niepewność, ludowe opowieści właśnie na tych chłostanych wiatrem wierzchołkach umieszczały siedziby czarownic. Tam odbywały się rzekomo sabaty przylatujących na miotłach wiedźm. Stąd też i Łysica w paśmie Gór Świętokrzyskich, i Łysa Góra niedaleko Krakowa, w baśniach były to miejsca straszne, gdzie można byłą natknąć się na jędzę.

Bogu świeczkę, a diabłu ogarek

Najstarszy zapis tego porzekadła pochodzi z 1527 roku, brzmiało ono wówczas: „Ani ty Bogu świeczki, ani diabłu ożoga”.
Ożóg słowo dzisiaj bardzo rzadko można usłyszeć przez co ktoś może nie wiedzieć co to jest. Ożogiem nazywano kiedyś kij do poprawiania ognia w piecu piekarskim, wygarniało się nim popiół i żużel z pieca kowalskiego. Jest równie inne znaczenie tego słowa, ozóg  to także pozostała część nie dopalonego łuczywa, służącego niegdyś do oświetlania chłopskiej izby.
Kronikarz z szesnastego wieku Stanisław Sarnicki, w swoim dziele o historii polskiej przytacza takie ponoć prawdziwe zdarzenie.
Kiedy król Władysław Jagiełło udał się do Poznania, przyjętym wówczas zwyczajem było odbywając liczne podróże po ziemiach, w jednym z poznańskich kościołów zapalić świecę, lecz jednocześnie król wydał polecenie, aby i diabłu postawić świeczkę, mając na uwadze by tego potężnego ducha nie urazić i, nie rozgniewać.
Na temat tego porzekadła istnieje również baśń ludowa.
Niedaleko Sandomierza, w Czyżowie Szlacheckim, na niewielkim wzgórzu został wzniesiony na ruinach zamku, zbudowanego przez jeńców tatarskich, pałac. Dawno temu wędrował drogą stary, wysłużony żołnierz. Utrudzony i zmęczony zaszedł na nocleg do opuszczonego pałacu. W jednej z sal zobaczył na ścianie wielki portret diabła, który w zębach trzymał lichtarz. Nie przeraziło to wędrowca. Wyciągnął z kieszeni płaszcza ogarek świecy, wsadził go do świecznika, zapalił i usiadł, aby połatać swój zniszczony płaszcz. Nagle w pustej komnacie coś zahuczało, zakołowało i pojawiła się cała czereda diabełków. Chcieli oni ukarać wojaka za brak szacunku dla portretu wielkiego diabła. Już go mieli wziąć na męki. Lecz w obronie żołnierza wystąpił sam główny czart. Wyratował wędrowca z rąk swych podwładnych i podziękował mu za to, że przed jego portretem zapalił świeczkę, aż w końcu obdarował go złotem. Wędrowiec spokojnie przespał noc, a nazajutrz, bogaty i szczęśliwy, pomaszerował dalej.

Kozy kują w Pacanowie

Podobno w miasteczku Pacanów mieszkała niegdyś cała wielka rodzina Kozów i wszyscy mieli fach kowali. Takie rodzinne uprawianie tego samego rzemiosła w dawnych czasach było czymś normalnym.
Kowal musiał swoją pracę rozpocząć skoro świt, aby zdążyć przygotować warsztat na cały dzień, musiał rozkuć żelazo, kiedy ludzie w okolicy budzili się, pierwsze co słyszeli to potężne i głośne uderzenia. To Kozy już kuli. – O – mówiono – Kozy kują w Pacanowie.
Ale tak na prawdę to wyjaśnienie pochodzenia tego powiedzenia nie jest proste. Na przykład wiadomo, że pod koniec szesnastego wieku kozy kuto nie w Pacanowie. ale w Burgundii, znajdującej się we Francji, a sensu porzekadła wywodzi się z żakowskiego dowcipu.

Ślusarz  zawinił, a kowala powiesili

Swój początek podobno wiedzie z Osieku. Oto opowieść z tego miasteczka: Miejscowy ślusarz dokonał jakiegoś znacznego przestępstwa. Sąd i rada miejska skazała go na karę główną, czyli na gardło, i miano go już powiesić, kiedy któryś z sędziów przypomniał, że w miasteczku jest przecież jeden tylko przedstawiciel tego zacnego fachu. Co robić? Pozbawione usług ślusarza miasto będzie naprawdę cierpiało. Nie Można więc ślusarza skazać, lecz i sprawiedliwości musiało stać się zadość. Radzono, radzono i wreszcie wydano następujący werdykt: zamiast ślusarza powieszą kowala. Dlaczego? W Osieku było wówczas aż dwóch takich rzemieślników. Stąd powstało znane porzekadło, a także powiedzenie o osieckiej sprawiedliwości.

Lać łzy krokodyle

Powiedzenie jest bardzo stare, sięgające jeszcze swoimi początkami z antycznej Grecji i Rzymu.
Pierwszy zapisał je kronikarz Wincenty zwany Kadłubkiem, zmarły w 1223 r., autor „Kroniki polskiej”, biskup krakowski, a potem zakonnik cysterski w Jędrzejowie, miejscowości położonej obecnie w województwie świętokrzyskim.
Według dawnych wierzeń krokodyl płacze, kiedy zobaczy człowieka, którego ma zjeść. Inna natomiast wersja baśniowa, tłumacząca powstanie tego porzekadła, utrzymuje, że łzy krokodyle nie są wyrazem obłudnego smutku nad losem pożartego człowieka. Jest to niejako zasadzka łowiecka. Otóż gad zlewa własnymi łzami ścieżkę, po której przejdzie człowiek, po to, aby jego ofiara pośliznęła się i wpadła prosto w jego otartą paszczę.
No dobrze, ale jakie znaczenie ma w takim razie przysłowie? Otóż jeżeli o kimś mówimy, że leje krokodyle łzy, mamy na myśli człowieka obłudnego, takiego, który stara się być dobry, grzeczny, bez potrzeby nieraz nam współczuje, lecz w rzeczywistości czeka jedynie na nasze potknięcie, aby, tak jak krokodyl z porzekadła – połknąć nas, zniszczyć…
Skąd wzięły się jednak te fantastyczne opowieści? Dla wyjaśnienia ich powstania należy się cofnąć w dość odległe czasy. Od prawieków zwierzętom przypisywano pewne cechy ludzkiego charakteru. Zwierzęta, według tych wierzeń, mogły symbolizować niektóre nasze wady i zalety. Na przykład dla mieszkańców średniowiecznej Europy krokodyl był symbolem zła, wydawał się strasznym stworem, swym kształtem przypomniał bajkowego smoka. W Egipcie gad ten doczekał się rani bóstwa, był czczony na równi z ibisem czy szakalem.
Krokodyl z nad Nilu był w pojęciu średniowiecznych ludzi stworzeniem groźnym i nieznanym. Stąd też z łatwością przyjęto fantastyczną opowieść o jego łzach wylewanych nad losem człowieka – ofiary.

Lelum polelum.

Jest to bardzo stare słowo, nosi w sobie echa wierzeń jeszcze sprzed okresu, kiedy to do naszego kraju wkraczać zaczęła wiara chrześcijańska.
W starej antycznej Grecji utworzono słowiański krąg bóstw, wśród których, na niewysokim co prawda szczeblu, znaleźli się dwaj bliźniacy – Lelum i Polelum – skopiowani z całą pewnością z greckich braci Kastora i Polluksa, synów Zeusa i Ledy. Niektórzy badacze widzą wyprowadzenie tych tajemniczych bóstw ze starego przyśpiewu kończącego jakąś pieśń.
W szesnastym i siedemnastym wieku mówiono o ludziach chwiejnych, o różnych próżniakach słabej woli, że są to lei – poleli. A więc i tłumaczenie porzekadła staje się już wyraźne. Określa, o kim mowa i w jakim wypadku można użyć podobnego słowa.

Mądry Polak po szkodzie

Przysłowie to, w nieco zmienione formie, ma zasięg dużo, dużo szerszy niż nasze ojczyste ziemie i nie jest jakimś obiegowym określeniem wyłącznie naszego narodu. Znane są także przykłady podobnych powiedzeń, naturalnie w zmienionej wersji w innych krajach. W swej treści jest to oskarżenie skierowane do wszystkich ludzi i w takiej czy innej formie używane było nawet w starożytnej Grecji i Rzymie. W Polsce natomiast, przystosowane do naszych warunków, jakby skierowane do nas samych, porzekadło pojawiło się już u pierwszego pisarza piszącego w języku p9olskim – Biernata z Lublina. Brzmiało ono wówczas bardziej ogólnie: „Każdy mędrszy po szkodzie”. A potem, jako przestroga powtarzana w licznych pismach, stała się po trosze hasłem – ostrzeżeniem.

Od deski do deski

Jeżeli jakaś książka nas na prawdę wciągnęła to mówimy, że przeczytaliśmy ją od deski do deski.
Lecz cóż tak na prawdę oznaczają owe deski? Aby wyjaśnić to porzekadło, należy przybliżyć jak kiedyś wyrabiano książki.
Johan Gutenberg wynalazł metalowe czcionki i skonstruował specjalny aparat do ich odlewania, przyczyniło się to do drukowania dowolnej ilości arkuszy. Pierwszym w ten sposób wydrukowanym dziełem była Biblia, wydana w roku 1955. Najstarszym dziełem wydanym na naszych ziemiach jest Almanach – Kalendarz – który ukazał się w roku 1477, a jego twórcą był, wędrowny z pewnością, drukarz Kasper Staube. Od tego roku możemy uznać, że i u nas narodziła się „czarna sztuka”, bo tak wtedy właśnie określano drukarstwo.
Książka w wieku szesnastym była oprawiona w deski, na które była naciągana skóra, na której tłoczono napisy, kolorowaną ją i ozdabiano. I właśnie z oprawy książek wzięło się porzekadło od deski do deski.

Wyszedł jak Zabłocki na mydle

W osiemnastym wieku żył pewnie szlachcic Zabłocki, który postanowił zwiększyć swoje dochody produkując niezmierne ilości mydła. Warto pamiętać, że w owych czasach gospodarstwa były samowystarczalne i towary na własny użytek produkowały same. Jedynie przedmioty ku ozdobie kupowano w miastach. Nabywano również te rzeczy, których wykonanie wymagało doświadczonej ręki pracy rzemieślnika. Lecz wszystkie najpotrzebniejsze artykuły starano się wyrabiać w domu.
I tak nasz przysłowiowy pan Zabłocki wyprodukowane mydło postanowił sprzedać w mieście z dobrym zyskiem. Załadował na tratwę ładunek, który jednak nie dopłynął do celu, dratwa utonęła a mydło się rozpuściło w wiślańskich wodach. Inna wersja głosi, że działo się to na Ukrainie, a towar transportowany był na mocnym ładowanym wozie. Koniec podróży był jednak smuty. Wóz wykoleił się a mydło wpadło do Dniestru. Tak to pan Zabłocki, marząc o wielkim zysku, wkładając w przedsięwzięcie swoje pieniądze, nie tylko nie zyskał na nich, lecz stracił cały włożony majątek.

Pleść banialuki

Pisarz siedemnastowieczny Hieronim Morsztyn, napisał bajkę – poemat pod dosyć długawym tytule: „Historya ucieszna o zacnej królewnie Banialuce wschodniej krainy”.
Banialuka to przepiękna królewna, która na skutek straszliwych mocy czarodziejskich, ponosi karę za złamany śluby i poddawana zostaje najgroźniejszym przygodom. Jak to w baśniach bywa jest i bezgranicznie zakochany młodzieniec w księżniczce, który po wielu staraniach zdobywa rękę księżniczki. Bajka kończy się szczęśliwie. Opowieść jest przepełniona tak wieloma niewiarygodnymi sytuacjami i historiami, że dzieło Hieronima Morsztyna zostało uznane za nieco za bardzo wybujałe i zbyt przepełnione fantazjami. I tak to przygody królewny Banialuki stały się porzekadłem.

Jedzie jak Twardowski po kogucie

Postać Twardowskiego od dawien dawna rozbudzała ciekawość licznych badaczy. Kto nie zna z opowieści jego poczynań, legenda łączy z jego postacią nawet niektóre przedmioty.
Własnością Twardowskiego miało być ponoć lustro, wiszące w Kościele w Węgrowie. Jak się dowiedziano zwierciadło pochodzi z okresu renesansu, czyli z czasu kiedy to ten czarodziej działał w naszym kraju. Dwa domy są związane z jego osobą, w których rzekomo pomieszkiwał, jeden jest w Krakowie, drugi w Bydgoszczy. Podobno w zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej była jego słynna księga czarnoksięska.
Kim był ów słynny Twardowski? Jest cała masa możliwości do wyboru, może był magiem, czarnoksiężnikiem czy w końcu astrologiem.
Wiadomym jest iż na dworach ówczesnych władców było wielu ludzi zajmujących się badaniami naukowymi, przede wszystkim astrologicznymi, których działalność otoczeniu wydawała się czymś dziwnym i podejrzanym, uważano, że osoby te na pewno mają coś w spólnego z siłami nieczystymi.
Twardowskiego wymienia Łukasz Górnicki, sekretarz króla Zygmunta Augusta.
Jak głosi legenda Twardowski ponoć wywołał wobec króla Zygmunta Augusta ducha Barbary Radziwiłłówny. Na pozór ta tajemnicza sztuka została dokonana za pomocą specjalnie skonstruowanych i ustawionych luster, które przekazywały obraz podobnej do królowej kobiety. Niektórzy twie3rdzą, że właściwe nazwisko Twardowskiego brzmiało Laurentius Dhur – co po niemiecku znaczy Twardy.
Legenda Twardowskiego nie tylko pozostała w Krakowie. Na jego rozkaz pod Wiślicą w Świętokrzyskim czarci usypali groblę. On sam rozkazał całe srebro z Polski przynieść diabłom do Olkusza, gdzie, jak wiadomo, od wielu wieków istniała kopalnia tego kruszcu. Polecił biesom ustawić pionowo skałę, zwaną dziś Maczugą Herkulesa, a znajdującą się koło Pieskowej Skały niedaleko Ojcowa; wykopać i napełnić wodą w ciągu nocy jezioro augustowskie; przenieść ogromne głazy spod Krakowa pod Wieluń. A wreszcie, kiedy już umknął mocy piekielnej i zamieszkał na Księżycu, swego sługę zamienił w pająka, aby ten po długiej nici opuszczał się co noc ze srebrnego globu na krakowski Rynek, przed kamienicę „Pod Krzysztoforami”, i po wysłuchaniu aktualnych wiadomości wracał do Mistrza, by opowiedzieć mu, co nowego słuchać w mieście.
No to jak to z tym Twardowskim było, istniał, czy nie? W epoce Zygmuntowskiej w szesnastym wieku był na dworze królewskim jakiś mag, czarnoksiężnik, astrolog o podobnym nazwisku. Nie ma powodów powątpiewać w zapisy Łukasza Góreckiego. Natomiast legenda otaczająca jego postać to już sprawa fantazji, wiary w moce potężne i tajemne. Znanych jest przecież jeszcze kilka innych przysłów wiążących się z czarnoksiężnikiem: „A słowo panie Tardowski”, „Dokazuje jak Twardowski na Łysej Górze”, „Zaprzedał duszę czartu jak Twardowski”,  no i oczywiście nie można zapomnieć o słynnej balladzie Mickiewicza „Pani Twardowska”.

Polegać jak na Zawiszy

Jeżeli już komuś powiemy, że można na nas polegać jak na Zawiszy, to jest to jedno z tych powiedzeń, które jest nadzwyczaj honorowe i należy się trzymać postanowienia i nie zawieść obiecanej strony.
Zawisza był Polskim rycerzem. W obrazie Jana Matejki „Bitwa pod Grunwaldem” w tłumie, chaosie walki, w prawej części malowidła dostrzeżemy rycerza na koniu. On jeden w tym tłumie walczy z namysłem. Nasz Polski rycerz był znany i opiewany na Europejskich dworach jako mężny i odważny. Jego życie było barwne i burzliwe. Urodził się prawdopodobnie w ostatnich dziesięcioleciach czternastego wieku w Garbowie, miejscowości położonej w dawnej ziemi sandomierskiej. Jako młodzieniec wyruszył w świat, odwiedzając liczne dwory i Europie. Zawsze prawy, zawsze nieugięty wobec danego słowa, nigdy nie plamiący ust kłamstw3e, niezawodny przyjaciel i towarzysz, niosący pomoc słabszym i biednym, dworny i czarujący w czasie uczt, straszliwy i niebłagany w walce z wrogiem, stał się postacią już za życia otoczoną legendą.
W roku 1428 wraz z wojskami Zygmunta  Luksemburskiego, cesarza, króla Węgier i Czech, udaje się Zawisza na wyprawę wojenną przeciw zagrażającym nieodległości Węgier Turkom Osmańskim. W czasie oblężenia warownego zamku Golubac nad Dunajem dowództwo węgierskie otrzymało informację, że sam sułtan Murad II zbliża się ogromnymi siłami. Należało więc w porę ustąpić pola, aby przyszykować się do nowego układu strategicznego, jaki niosła ta wojna. Na rozkaz królewski błyskawicznie zwinięto oblężenie i przeprawiono się poza rzekę, na jej drugi brzeg. Na opuszczonym terenie niedawnych walk pozostał jednak niewielki oddział wojsk, wśród których znajdował się i Zawisza Czarny. Kiedy w obozie królewskim spostrzeżono brak tak znakomitego rycerza, Zygmunt Luksemburski wydał polecenie, aby bezzwłocznie przeprawiono się przez rzekę i przywieziono naszego rycerza. Ratunek dotarł pod mury Golbuca, gdzie znajdował się opuszczony oddział. Zawisza jednak odmówił powrotu iw bezpieczne miejsce. Pozostał na z góry straconej pozycji. Wierzył bowiem i, co najważniejsze, realizował swe przyrzeczenie, że rycerz nie cofa danego słowa, nie cofa się też przed wrogiem. Kiedy przybyły oddziały armii sułtańskiej – jak przekazała nam ówczesna kronika – samotrzeć, z dwoma pachołkami, rzucił się na wroga i zginął w nierównej walce. Jest w postawie Zawiszy, w jego decyzji, ucieleśniony wielki mit rycerski, jest w jego postępowaniu przekazana nam prawda o dumie, o honorze, o waleczności tego człowieka, który przysięgę traktował tak niezłomnie, do końca pozostawiał wierny swemu rycerskiemu słowu.
No dobrze, ale pozostaje jeszcze jedna zagadka Zawiszy, skąd Czarny? Jedni twierdzą, że pochodzi od czarnej zbroi, jaką nosił, tak też przedstawił go Matejko, inni natomiast wywodzą to przezwanie od śniadej, smagłej cery.

Sezamie, otwórz się

W ruinach zamku Chęcinach, w ziemi świętokrzyskiej, podobno znajdują się tajemne komnaty przepełnione kosztownościami. Tak przynajmniej twierdzi okoliczna ludność.
Legenda ta bierze swój początek ze znanego historycznie faktu. Zamek chęciński, położony w środku dawnych ziem koronnych, był często używany jako schronienie dla skarbu koronnego. Tu przechowywał klejnoty koronne Władysław Łokietek, udając się na wojnę z zakonem krzyżackim, tu po zwycięstwie pod Grunwaldem Władysław Jagiełło umieścił co znaczniejszych jeńców, którzy, aby wydostać się z niewoli, musieli zapłaci znaczny okup. W łęczyckim zamku, w przepastnych lochach, na beczkach pełnych złotych dukatów, siedzi diabeł Boruta (nawiasem mówiąc postać tego diabła została wymyślona w dziewiętnastym wieku przez znanego literata Kazimierza Władysława Wójcickiego, zanim stał się Boruta strażnikiem zamkowych skarbów, był jedynie skromnym diabłem ludowym, a nazywał się boruta czyli borowy, czyli łoziński, bo w łozach lubił przebywać). Także przysłowie oprócz Sezamu z tysiąca i jednej  nocy znajduje swoje podwaliny na naszych rodzimych ziemiach. Swoją legendę o ukryciu złota ma też Pieskowa Skała, w podhalańskim Czorsztynie zbójnicy od Janosika ponoć zakopali olbrzymią ilość złotych talarów i pewnie wiele, wiele innych miejsc.

Szewc bez butów chodzi

XVI stuleciu było popularne przysłowie „Szewc to pierwszy po hyclu”. Rakarze zwani powszechne hyclami, byli w miastach średniowiecznych najbardziej pogardzaną grupą zawodową. Szewcy natomiast, również jak rakarze, czasami trudnili się zdzieraniem skór z padłych koni. Robili to dla uzyskania potrzebnej do wyrobów skóry. Teraz, kiedy są dostępne tysiące wzorów różnorakiego obuwia fach ten zanika a jeszcze nie tak dawno , nie można sobie było wyobrazić codziennego życia bez szewca. Ich warsztaty znajdowały się wszędzie, co teraz jest rzadkością i często żeby znaleźć szewca trzeba się nie licho nachodzić.
Przysłowie to można wytłumaczyć na sposób historyczny. W średniowieczu, a potem aż po wiek siedemnasty, we wszystkich naszych miastach  miał rozkwit cech rzemieślniczych, w tym szewców. Celem cechów było nadzorowanie poziomu wyrobów, musiały być dobre i wykonane we właściwy sposób, organizowały również wspólne życie towarzyskie. Stąd też w licznych starych kościołach znajdujemy kaplice rożnych cechów. Zorganizowani w cechach rzemieślnicy mieli również za zadanie bronić miasta.
Dostanie się do cechu nie było rzeczą prostą, była bowiem ograniczona ilość miejsc, wymagano również od kandydatów odpowiedniej gotówki dla zabezpieczenia. Na usługi rzemieślnicze było coraz większe zapotrzebowanie i zaczęli się tym trudnić ludzie spoza cechu. Nazywano ich „partaczami”, nie dlatego że wykonywali swoją pracę źle, jedynie z powodu, że byli spoza kręgu cechu. Czasami byli to ludzie związani z jakimś dworem, ich opiekunem był możny człowiek, pracowali na przykład na  terenach jurydyk, częściach miasta wyjętych spod władzy rajców miejscach.
Zubożenie miast a co za tym idzie całej ludności wpłynęło hamująco na możliwości zamawiania butów u szewców. Jeśli już szewc dostał zamówienie na buty dostawał za nie głodową cenę, a że musiał przede wszystkim wykarmić rodzinę, nie zawsze starczało mu na własne buty. Oczywiście sprawa się nie zawsze miała tak licho i nie wszędzie, byli szewcy, którzy bardzo dobrze prosperowali, jednak liczni szewcy rozsiani po kraju biedowali.

Wyrwał się jak Filip z konopi

Są dwa różne tłumaczenia tego przysłowia. Jeszcze w osiemnastym wieku spisano tako oto historyjkę: Żył kiedyś w Polsce szaraczkowy szlachcic imieniem Filip. A miejscowość, w którym mieszkał, nazywała się Konopie. Kiedyś, sejmik do Piotrkowa Trybunalskiego, miasta gdzie odbywały się zjazdy szlachty, gdzie podejmowano uchwały, wybierano swych przedstawicieli. Tak było i w czasie, kiedy przybył tam pan Filip. W kole okolicznej szlachty radzono o jakichś ważnych sprawach, każdy przedstawiał własne dowody, bronił własnego zdania, zwalczał przeciwnika. Pan Filip też zabrał głos, a że nie był zbyt wielkim myślicielem, gadać zaczął tak od rzeczy, iż wszyscy zebrani wręcz przerazili się tym, co plótł mówca. Tak brzmi jedno z tłumaczeń, które ma konkretny związek z następną, prawdopodobnie prawdziwą wersją przysłowia. Otóż nasz swojski, tak często widywany na polach szarak w niektórych okolicach bywał nazywany właśnie filipem. Wiemy też doskonale z dawnych zapisów, że  przy domostwach, przy małych drewnianych dworkach szlacheckich, obok ogrodu sadzono konopie. W ogrodzie, co jest zupełnie zrozumiałe rosły warzywa, konopie natomiast służyło kilku celom.  Jest to roślina dość wysoka, o swoistym zapachu, a przede wszystkim bardzo przydatna w dawnych gospodarstwach. Z jej włókna pleciono sznury, tkano mocne płótna, z ziaren tłoczono olej. Lecz w okresie lata, kiedy tworzyła wielki i gęsty łan zielonych zarośli, służyła też i innym celom. W ich cieniu mogło się z łatwością kryć domowe ptactwo, z chwilą gdy na niebie pojawił najbardziej zacięty wróg wszystkich kurek, kogutków, perliczek gąsek – jastrząb. Nie raz pewnie zdarzyło się, że  zając, buszujący po ogrodzie, zajadając chrupiące liście kapusty, musiał przed czymś umykać, Krył się więc w tych konopiastym lasku. Przykucał tam, może nawet uspokojony, zadrzemał, aż nagle znów przerażony szelestem zaniepokojony zbliżającymi się krokami, hasłem, wypadając nieraz prosto w otwartą paszczę psa czyhającego na łatwą zdobycz. Stąd żart, zastosowany do przemawiającego na piotrkowskim sejmiku pana Filipa, był i trafny, i dość ostry. Takie to są dwa tłumaczenia tego przysłowia.

Za króla Sasa jedz, pij i poopuszczaj pasa

Można tutaj też od razu zacytować inne powiedzenie „Pić ptasie mleczko” czy też „Komuś brakuje jedynie ptasiego mleka”.
Mimo, że za panowania Sasów, Augusta II i Augusta III, nie było  w Polsce tak różowo jak by to z porzekadła na pozór wynikało na dworach żyli ponad stan. W pamięci ludzi pozostały opowieści o wystawnych ucztach. o takim niebywałym obżarstwie, jakie trudno sobie wyobrazić.

Przypisy:

- Tomasz Jurasz Porzekadła, Nasza Księgarnia 1977

Powielanie, przetwarzanie i dalsze rozpowszechnianie treści i materiałów zamieszczonych w powyższym tekście , w jakikolwiek sposób, w całości lub w części, bez wcześniejszej pisemnej zgody autora jest zabronione.

Lubisz ten wpis? Podziel się:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Add to favorites
  • FriendFeed
  • LinkedIn
  • MySpace
  • PDF
  • RSS
  • Twitter
  • Wykop
  • Yahoo! Bookmarks