Lech Majewski, fot. Monika Opieka

Jestem świeżutko po zobaczeniu „Młyna i krzyża” Lecha Majewskiego.
Z kina wyszłam całkowicie oczarowana i zmiażdżona jego dziełem. Film można traktować na wielu płaszczyznach, można z niego nie zrozumieć nic i potraktować go jako efekciarski chwyt z dawno już przegadaną oczywistą historią. Ale można go potraktować również jako arcydzieło, obraz filmowy jakiego wcześniej nie było i długo nikt tego nie powtórzy.
Film cechuje uniwersalizm, który będzie się sprawdzał dopóty dopóki będzie na ziemi istniało życie ludzkie i wszystkie aspekty z nim związane. Odbiorcą dzieła może być absolutnie każdy, od zagorzałego katolika po niepokornego ateistę. Film można rozpatrywać od strony malarstwa, symboliki, historii, filozofii czy etyki.
Podobała mi się powolna atmosfera w obrazie Majewskiego, toporne ruchy aktorów ich gesty przeniesione ze statycznego obrazu Pietera Bruegla do filmu, zabieg się udał. Film balansuje na pograniczu filmu i obrazu (zarzuca mu się że jest popisem sztuki video a nie filmem). Zachwyciła mnie dbałość o szczegóły oraz sama estetyka, która trafia w moje gusta.

Polecam „Młyn i krzyż” każdemu komu się podobały poprzednie dokonania reżysera ale i każdemu kto lubi dobre i estetyczne kino inne niż dotychczasowe produkcje.

podobny wpis: Rewizyta Krzysztofa Zanussiego

Lubisz ten wpis? Podziel się:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Add to favorites
  • FriendFeed
  • LinkedIn
  • MySpace
  • PDF
  • RSS
  • Twitter
  • Wykop
  • Yahoo! Bookmarks