Zapatrzeni w jeden punkt,
udajemy że wcale siebie nie obchodzimy.
Zasłuchani w jedną nutę,
ignorujemy,
udajemy,
że nic nie rozumiemy.

Półmrok ośmiela zakłopotanych
kochanków,
nie zdoła ich przebudzić kruk,
nie ocuci deszcz.

Centymetr po centymetrze dotyk
przedziera się przez lód,
z każdą chwilą,
momentem,
oswaja się dziki wiatr.

Zatopieni,
jeszcze tak bardzo nieświadomi jutra,
ciągle udają oziębłość,
kiedyś może nadejść taki czas,
kiedy pogubią się w tłumie
i ostatni raz nie zdąży nadejść.

Niepokojące relacje,
tylko one rozsądkiem grzeszą.

***

W skrzypiącej szafie zapodziała się jedna chwila,
taka okoliczność, o której się nie dyskutuje
w zatłoczonych uliczkach.

W ukrytym zamiarze zaplątało się zdarzenie
tak realne,
że słychać zgrzytanie zębami.

Ciało do ciała,
oddech przy oddechu,
trzask,
koniec wyobrażeń,
świt nieubłagalnie rozpędził
upojne rechoty.

***

Przed wczoraj opuściła mnie dziewczęcość,
zapukała tak bardzo nieznośnie
i przekazała szczegóły kobiecości.

Przepoczwarzenie zabolało,
w tej samej chwili ustawiły
się w kolejce sprawy własnych
nieakceptacji,
które już nie cierpiały zwłoki.

Przekobiecenie pierwszą zmarszczką
zaznaczyło twarz,
już moralność dzieciakowości nie przystaje.
Tak bardzo trzeźwo toczą się komentarze,
metryka coraz bardziej się zaokrągla,
za niedługo braknie miejsca na pierwszej stronie.

Wszystko zrobiło się pełniejsze i cięższe,
słowa innego znaczenia nabrały,
uśmiech bardziej cierpko się rysuje.

I ta odpowiedzialność za szczegóły
tak nieznośnie przyległa,
bo przecież nie wypada jej już
zamieść pod dywan.

***

Spokojnie i umiejętnie kończy się dzień,
dzień z tak wielu.
Spokojne ciała układają się do spoczynku,
upuszczają toksyny,
uginają swoje ciężary poziomo
do sennych przebudzeń.

Ranek, jeszcze nie ma duszno,
jeszcze temperatura nie zatyka
przenikliwego myślenia.

Popołudnie, coraz większy zaduch,
coraz większy odór biurowych inwigilacji,
coraz ostrzej wyodrębniają
się marionetki biurokracji.

Popołudnie, zwrot akcji,
gwałtowne przytupnięcie,
ponownie została nadszarpnięta
krawędź szacunku.

Wieczór, obawa przed kolejnym jutrem,
nowy zastrzyk powołania,
nowe skupienie…

***

Wszystko będzie na pół,
przerżniemy kołdrę na połowy dwie,
łóżko przerąbiemy.
Ty w jednym, ja w drugim kącie przerażenia ustawimy się.

Myśli przecedzimy z ostatnich wspomnień o sobie,
plany i rozterki spłacimy.

I tylko gorzej będzie będzie potem,
bo jak podzielić po równo ból.

Wszystko będzie na pół,
ten dom, drzwi, bochenek chleba
i rozsypana sól.

Wszystko będzie na pół…

***

Ten żal nie do przełknięcia,
ta nadzieja, która umknęła
razem z popołudniową czkawką,
te oczy za siecią mgły,
ten ściszony wzrok…

Stukot natarczywych myśli,
krzyk cierpkości uścisku
tak nie dającego się wytrzymać dzisiejszego
parnego wieczoru.

To koniec radosnych wypatrywań przez okno,
koniec upodobań o wspólnym pleceniu
koszy w pobożnym śnie.

I tylko w te ciche poranki,
ten ból staje się coraz bardziej otępiający,
i tylko w te noce zaśnieżone
ta melancholia odbiera równy oddech.

I tylko ta świadomość,
że gdyby pora odpoczynku nadeszła
w bardziej przyzwoitym terminie,
w pokoju zamiast jednego
dwa krzesła by stały.

Powielanie, przetwarzanie i dalsze rozpowszechnianie treści i materiałów zamieszczonych w powyższym tekście , w jakikolwiek sposób, w całości lub w części, bez wcześniejszej pisemnej zgody autora jest zabronione.

Lubisz ten wpis? Podziel się:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Add to favorites
  • FriendFeed
  • LinkedIn
  • MySpace
  • PDF
  • RSS
  • Twitter
  • Wykop
  • Yahoo! Bookmarks