image.jpeg

73caf7d0-bec0-11dc-aa05-648daf146727.jpg

- Z początku nie pragnęłam Sartre’a. Był najbrudniejszym, złachmanionym i najbrzydszym mężczyzną, jakiego znałam. Chciałam z nim tylko się uczyć, bo był mądry – wspominała po latach Simone de Beauvoir, pisarka i filozofka.Beauvoir oraz filozof i pisarz Jean-Paul Sartre przez 50 lat tworzyli najsłynniejszą parę intelektualistów XX wieku. Poznali się w 1929 r. podczas studiów filozoficznych na Sorbonie.
Beauvoir chciała wejść w krąg wąskiej grupy przyjaciół Sartre’a: – Byli niezwykle pobudzający intelektualnie. Ale małe kółko Sartre’a było dla mnie zamknięte. Oni prawie nie chodzili na zajęcia, bo gardzili profesorami.

Czasami widywała Sartre’a na korytarzach uczelni, w za dużym kapeluszu. Flirtował ze studentkami: – On zawsze z kimś flirtował.

- Simone była pruderyjna i nieśmiała. Czerwieniła się na każdą aluzję do seksu – wspominał filozof Maurice Merleau-Ponty.

- Nader interesująca. Pamiętam jej wyniosły arystokratyzm. Co prawda źle się ubierała, ale miała piękne oczy – twierdził kolega ze studiów Paul Nizan, pisarz i komunista. – I była niezwykle błyskotliwa, najzdolniejsza na roku, chociaż kobieta.

Simone z Bertrandów

- Mój Boże, nigdy nie wyjdziecie za mąż. Nie macie posagu! – biadał George Bertrand de Beauvoir, zatroskany o przyszłość dwóch córek: Simone i Helene.

Bertrandowie już w V wieku podbijali Galię pod wodzą królów Franków. W nagrodę dostali wielkie dobra i odtąd zwali się Bertrandami z Beauvoir. Simone jako jedyna z rodu nie używała frankijskiego członu nazwiska, choć miała go w dokumentach. Ojciec Simone, George, za młodu przehulał swoją – pokaźną – część majątku, pozostały tylko parantele. Pracował w działach reklamy paryskich dzienników. Matka – Françoise – pochodziła z rodziny zrujnowanych bankierów z Reims.

Simone wraz z siostrą Helene ukończyła prywatną katolicką szkołę Institut Adeline Desir. W tamtych czasach we Francji kobiety kończyły edukację na małej maturze. Ojciec Simone pozwolił córkom studiować, by zdobyły zawód.

- Pójdziesz na filozofię, zdemoralizujesz się i stracisz wiarę – przepowiadała Simone matka. Miała rację.

Leibniz w rytmie Offenbacha

- Wybierzesz się ze mną do lunaparku? – zapytał Sartre, gdy wreszcie dostrzegł Simone.

Była uradowana. Po karuzeli i strzelnicy Sartre

zaprosił Simone do siebie na następny dzień. Przyjął ją rozmemłany, w rozchełstanej koszuli i papuciach: każdy był z innej pary. Rodzina Sartre’a należała do wielkiej paryskiej burżuazji. Sartre zawsze miał pieniądze, ale wolał pędzić cygański żywot.

Czytali z Simone teksty Leibniza – przedmiot jej dysertacji – ale wkrótce uznali, że to zbyt nudne. Więc Sartre śpiewał teksty filozoficzne w rytm operetek Offenbacha.

Sartre miał twarz obślinionej ropuchy, zezowate oczy i ledwie 150 cm wzrostu. Miał też miodopłynny głos i potrafił rozmawiać z kobietami. Rozmawiał o nich. Pytał Simone o jej pragnienia, plany, analizował zachowanie.

- Żaden mężczyzna nie okazał mi tyle zainteresowania. Mój surowy ojciec nawet nie dawał się pocałować. Jako dziecko kradłam mu buziaki, rzucając się nań z zaskoczenia – opowiadała Simone w rozmowie z biografką Deirdre Bair.

Studiowali razem filozofię i nauki społeczne: – Ja byłam inteligentna, z pewnością, ale Sartre był geniuszem.

- Przedstawiałem idee Simone, zanim się jeszcze ukonkretyzowały – opowiadał po latach Sartre. – Moje idee formowały się pod wpływem jej pytań, uwag. Spośród znajomych była jedyną, która posiadła wiedzę równą mojej.

Letnie wakacje 1929 r. Simone spędzała w majątku krewnych w prowincji Limousin. Sartre podążył

za nią. Wędrowali po łąkach otaczających pałac La Grillere.

- Pan rozumie, że moją córkę kompromitują takie spacery. Tu prowincja, złe języki. Byłbym wdzięczny, gdyby pan okazał więcej respektu dla miejscowych obyczajów – prosił Sartre’a George Bertrand de Beauvoir w pałacowej bibliotece.

- Nie – odparł Sartre.

Po wakacjach, w Paryżu, pisali do siebie często, bo nie mieli telefonów. „Czy byłabyś tak dobra i oddała moje pranie (dolna szuflada) do praczki? Zostawiam klucz w drzwiach”.

- Po La Grillere Sartre uważał, że powinien mi się oświadczyć. Odparłam, żeby się nie wygłupiał – wspominała Beauvoir.

Stali się nie tylko parą miłosną. Beauvoir czytała niemal wszystko, co Sartre przez kilkadziesiąt lat pisywał po osiem godzin dziennie. Dzięki jej pytaniom, uwagom, wątpliwościom, zachwytom rozwijał swój system filozoficzny.

- Byłam szczęśliwa, że jestem z geniuszem, który otworzył przede mną świat. Zjawił się i rozbudził mnie pocałunkami intelektu – powiedziała Beauvoir.

Papieros w dłoni ladacznicy

- Będziemy ze sobą do końca. To jasne. Ale przecież jesteśmy w naszej miłości wolni. Możemy miewać inne związki – w październiku 1929 r. Sartre przekonał Beauvoir, że naturalnym stanem uczuciowym jest wolna miłość.

Simone miała wątpliwości, ale przystała na to. Każdego października wypijali szklankę wina dla uczczenia rocznicy ich układu.

Po studiach oboje zostali nauczycielami filozofii w liceach. Simone pracowała w Hawrze i w Rouen. Sartre – w Tours, Marsylii, Laon. W płomiennych listach zapewniał o swym uczuciu i opisywał z detalami szczegóły podbojów miłosnych.

- Sartre przez całe życie miał ogromny apetyt na kobiety. Stawiał raczej na ilość niż jakość – twierdzi Deirdre Bair.

Simone uważała kobiety Sartre’a za ladacznice. Była zazdrosna, cierpiała. One też. Jego ekskochanka Simon Jollvet na widok Sartre’a wchodzącego do holu paryskiego hotelu La Rochefoucauld zgasiła papieros na swej dłoni.

Nikt nie chciał dorosnąć

W 1936 r. Beauvoir została nauczycielką filozofii w prestiżowym liceum Moliera w XVI – najbogatszej – dzielnicy Paryża. Uczennice traktowały Simone jak starszą siostrę. Grupka dziewcząt co rano czekała na nią przy wyjściu z metra i razem wędrowały do szkoły.

Niektóre zostały przyjaciółkami Beauvoir na całe życie: Olga Kozakiewicz, jej młodsza siostra Wanda, Bianca Bienenfeld, Natalia Sorokina. Wszystkie były emigrantkami ze Wschodu.

Simone nazywała je „Rodziną”. Do dziewcząt doszlusowali studenci Sartre’a z Sorbony: Jacques Laurent Bost (poślubi Olgę), Lionel de Roulet (ożeni się z siostrą Simone – Helene).

- Nikt z „Rodziny” nie miał dzieci. W małżeństwo można się zabawić, ale mieć dzieci – oznacza dorosnąć. A nikt z nas tego nie chciał – wspominał Bost. Sartre i Beauvoir utrzymywali Bosta i Olgę przez całe życie.

Skrzypią pióra, kopcą fajki

- Zawsze byli tacy, których nikt nie brał serio, ani ruch oporu, ani gestapo. Do takich ludzi należał Sartre – wspominał Samuel Beckett, który spędzał wojnę w Paryżu.

Kampanię wojenną 1940 r. Sartre odbył w oddziale meteorologicznym. Po wyjściu z obozu jenieckiego w marcu 1941 r. wrócił do Paryża. Chciał konspirować. Wraz z Simone założyli grupę Socjalizm i Wolność. Bezskutecznie usiłowali nawiązać kontakt z ruchem oporu.

- Sartre był niesamowitym plotkarzem i gadułą. Uważał, że słowo jest bronią. Baliśmy się, że na gestapo zacznie sypać, jeszcze zanim dostanie w gębę – opowiadał Deirdre Bair anonimowy weteran ruchu oporu.

Grupa Socjalizm i Wolność rozpadła się, a para filozofów skoncentrowała się na przemyśleniach ideowych i twórczości literackiej.

- Nie zamierzaliśmy wysadzać mostów albo robić mikrofilmów broni czy budynków. To mógł czynić każdy. My planowaliśmy przyszłość Francji po wojnie – broniła po latach swojej postawy Beauvoir.

Sartre chodził na konspiracyjne zebrania literatów – w 1938 r. opublikował powieść „Mdłości” i był już trochę znany. Beauvoir dużo czasu spędzała w bibliotece, studiując Heideggera.

- Wiele godzin spędzaliśmy w kawiarniach, pisząc. Było tam cieplej niż w niedogrzanych mieszkaniach – wspominała.

Najbardziej lubili Café Flore. Siadywali przy oddzielnych stolikach i w milczeniu skrzypieli piórami

po kartkach papieru. Simone zawsze trzymała w ręku papierosa. Sartre kurzył fajkę.

W 1943 r. Beauvoir opublikowała w wydawnictwie Gallimard pierwszą powieść „Zaproszona”. Sartre wystawił sztukę „Muchy”, wydał fundamentalną pracę filozoficzną „Byt i nicość”. I wyjechali razem na wieś na wakacje. A ich dzieła stały się okupacyjnymi hitami wydawnictwa Gallimard.

Algierski pies wącha kości

- Camus, tak… miał tyle blasku – wspominała po latach Beauvoir. – Prosta, szczera dusza, zaiste wielki czar. Ale nie znosił inteligentnych kobiet. Wyśmiewał je lub ignorował, był bardzo macho, miał matkę Hiszpankę. Gdy mówił do mnie, w głosie zawsze słyszałam nutki pobłażliwej ironii.

Na początku 1944 r. do Beauvoir ktoś przyprowadził młodego pisarza z Algieru – Alberta Camusa. Z wykształcenia i powołania był filozofem; pisał książki, eseje i ostro konspirował dla podziemnej organizacji Combat. Simone urządzała w tym czasie całonocne kolacje-debaty.

- Jakość potraw nie była wyśmienita, ale ilość zadowalająca – zapamiętał Camus. – Czerwone wino lało się strumieniami.

Sartre chciał rozmawiać tylko z Camusem. Wieczorami razem podrywali szansonistki w zadymionych klubach. Simone zeszła na dalszy plan.

Beauvoir bała się, że przystojny, błyskotliwy Camus przyćmi w literackim światku niepozornego Sartre’a. Ale Camus wciągnął Sartre’a i Beauvoir do współpracy przy „Combat” – największym piśmie podziemia. Spełniali drobne posługi, coś przechować, przenieść. Z Sartre’em dyskutował też linię pisma.

Arcykapłani egzystencji

„Mieć 20 lat we wrześniu 1944 r. wydawało się olbrzymią szansą. Dziennikarze, literaci, niewypierzeni filmowcy snuli projekty, podejmowali decyzje z takim zapałem, jak gdyby ich przyszłość należała do nich samych” – pisała Beauvoir o pierwszych dniach po wyzwoleniu Paryża.

- Żyjemy w Roku Zerowym. Od teraz zaczyna się nowy etap cywilizacji człowieczej – zadekretował Sartre i założył pismo „Les Temps Modernes”, w którym wzywał ludzkość do braterstwa, dekolonizacji, do szukania mitycznej „trzeciej drogi” między kapitalizmem i komunizmem.

Sartre i Beauvoir niemal z dnia na dzień zyskali międzynarodową sławę jako czołowi twórcy egzystencjalizmu. Ten przepełniony pesymizmem filozoficzno-literacki prąd głosił potrzebę analizy miejsca i roli jednostki w okrutnym świecie. Dominował w życiu intelektualnym Zachodu do połowy lat 50.

Egzystencjalizm brał początek w pismach Schopenhauera. Myśl Schopenhauera rozwinął Heidegger. Sartre zapoznał się z Heideggerem na początku lat 30., gdy przez rok pracował w Instytucie Francuskim w Berlinie.

„Francję ogarnął ferment. Wszyscy dyskutują o odpowiedzialności twórcy wobec społeczeństwa, to przechodzi wszelkie pojęcie. Idź do Sartre’a i Beauvoir. Oni Cię zrozumieją” – pisał amerykański czarnoskóry pisarz Ralph Ellison do swego kolegi po piórze Richarda Wrighta.

„Sartre! Jakiż to wyjątkowy człowiek. I Beauvoir! Czuje się im obojgu bliski” – odpisywał Wright Ellisonowi.

Sartre myślał, pisał, wykładał. Obwołano go papieżem egzystencjalizmu. Ale bez tytanicznej pracy redakcyjnej Simone Sartre pozostałby jeszcze jednym trudnym profesorem filozofii.

Kiedy Sartre pojechał z wykładami do Ameryki w 1945 r., Beauvoir napisała dla „Les Temps Modernes” cztery kluczowe eseje, w których wyjaśniała myślenie Sartre’a. Pokazywali się zawsze razem. Prasa nazwała Beauvoir „Notre Dame de Sartre”.

Łagodny, dziki samiec z Wabansia Street

Już w dwa lata po Roku Zero Simone była pozbawioną złudzeń, rozgoryczoną kobietą. Kolaboracjonistów rehabilitowano, z Żydów szydzono, jej dawni przyjaciele polityczni gremialnie popierali generała de Gaulle’a, którego ona uważała za potencjalnego dyktatora. Sartre jako pisarz miał publiczność, ale jego wpływ polityczny był minimalny.

Zmęczona Francją pojechała na pół roku do Stanów Zjednoczonych z prelekcjami o egzystencjalizmie.

- Pokazałem jej nędzarzy w przytułkach, alfonsów, bagażowych złodziei, kurwy i narkomanów. W więzieniu w Chicago pokazałem jej krzesło elektryczne – wspominał Nelson Algren, pisarz świata ludzi wykolejonych przez los i nałogi.

Beauvoir zakochała się w Algrenie. Był po amerykańsku przystojny, mieszkał w zakazanej części Chicago na Wabansia Street, miał tam pokój z kuchnią. Widywali się raz do roku przez kilka lat. Simone napisała do Algrena 350 listów.

„Mój drogi i ukochany Krokodylu, samotniku zwariowany, pijaku nieśmiały, łagodny, dziki samcze, kochanie, jest coś, o czym chciałabym napisać. Trochę się obawiam, że będziesz się ze mnie śmiał. Ale cóż, jesteś moim mężem i musimy przedyskutować parę małżeńskich spraw.

Więc piszę, choć nie chcę. Tu, w naszym starym kraju, nie mamy pojęcia o tych nowych sposobach, które u was są znane. Nie chciałabym mieć dziecka. Dlatego może mógłbyś mi napisać o waszych nowych metodach. Czy myślisz, że jestem niemądra? Zrobię wszystko, co zdecydujesz. Wybierz tylko metodę najmniej nieprzyjemną dla Ciebie.

Twoja Zwariowana Żaba”.

On do niej:

„Jeżeli mnie kochasz, dlaczego nie przyjedziesz do Chicago prać mi skarpetek?! Chcę mieć porządną pieczeń codziennie na stole. Do diabła z metodami!”.

Z czasem Algren zrozumiał, że Simone nie nadaje się do prania skarpetek. Ożenił się z inną. Przy łóżku Simone do końca jej dni stała fotografia Nelsona Algrena, który na starość zyskał w Ameryce uznanie i pieniądze.

„Druga płeć” i wagina bez tajemnic

Ameryka natchnęła Beauvoir pomysłem napisania książki, która przyniosła jej sławę i znaczenie równe sławie i znaczeniu Sartre’a.

- We Francji żaden facet nigdy nie prosił mnie o zaparzenie kawy, wyprasowanie koszuli. Odrzucałam myśl o dyskryminacji kobiet. A w Stanach poznałam wykształcone gospodynie domowe, które były żonami intelektualistów – wspominała. – Widziałam, jak wartościowe kobiety stoją w kącie zaambarasowane, podczas gdy ich mężowie dyskutowali. Kiedy chciały się włączyć do rozmowy, mężczyźni ignorowali je. Oni chcieli je tylko do łóżka, dzieci i sprzątania domu. A był to kwiat amerykańskich uniwersytetów!

W Ameryce Beauvoir zapytała siebie, kim jest: – Wstrząsnęło mną, że pierwszą myślą, jaka mi przyszła do głowy, było „Ja jestem kobietą”.

Praca nad książką „Druga płeć” trwała dwa lata. Simone skończyła ją pisać w styczniu 1949 r.: – Spojrzałam w lustro. Wyglądałam strasznie. Oczy czerwone. Twarz zmięta, na karku niebieska pręga od kurtki, którą Algren dał mi w Gwatemali. Byłam gruba, żołądek spuchnięty od drinków i tabletek pobudzających. Ta książka prawie mnie zabiła.

Dwutomowe dzieło analizuje kobiecość we wszelkich jej aspektach historycznych, społecznych, kulturowych, biologicznych, psychologicznych. Beauvoir bada dzieciństwo kobiety, dojrzewanie, dojrzałość, starość, życie seksualne, stosunki lesbijskie, małżeństwa heteroseksualne.

Fragmenty książki opublikowały „Les Temps Modernes”. A kiedy Gallimard wydał dzieło w czerwcu, książka stała się przebojem.

Słynny pisarz katolicki François Mauriac napisał oburzony do jednego z redaktorów „Les Temps Modernes”: „Po tej książce wagina Pana chlebodawczyni nie ma przede mną tajemnic”.

Redakcja wydrukowała list pisarza, choć był prywatny. Mauriac odpowiedział serią tekstów przeciw haniebnej roli Beauvoir w szerzeniu pornografii.

„Otrzymałam mnóstwo anonimów – pisała Beauvoir. – Zarzucano mi w nich niezaspokojenie seksualne, priapizm, nimfomanię, lesbijstwo”. Otrzymała też nieco listów miłosnych: od lesbijek i gejów.

Swetry i baletki

- Nawiązałam romans z Sartre’em na początku lat 50., bo potrzebowałam rozgłosu – wspominała piosenkarka Juliette Greco. Sartre i Beauvoir stali się wtedy modni niczym gwiazdy filmowe.

Wszyscy w Paryżu chcieli być egzystencjalistami.

Reporterzy bulwarówek czatowali w nocnych lokalach na parę filozofów. Młodzianie chodzili na wzór Sartre’a w beretach, czarnych swetrach, za obszernych płaszczach. Dziewczęta wolały czarne spódnice, baletki.

Sartre, pan musi popełnić samobójstwo

- Kiedy w 1950 r. wybuchła wojna koreańska, poczułam paraliżujący strach – wspominała Beauvoir.

We Francji myślano, że Kreml dokona inwazji na Europę Zachodnią, a Waszyngton odpowie atakiem nuklearnym.

- Było dla mnie jasne, że po przyjściu Rosjan Sartre – zwolennik „trzeciej drogi” między komunizmem a kapitalizmem – zostanie natychmiast stracony, ja znajdę się w niebezpieczeństwie. Rozważaliśmy ucieczkę do Brazylii – opowiadała Beauvoir.

- W razie inwazji środowisko spodziewa się po panu samobójstwa – powiedziała Sartre’owi Helene Merleau-Ponty, żona znanego filozofa.

- Sartre, musi mi pan przysiąc, że nigdy nie przyzna się pan do winy – błagał Sartre’a publicysta Roger Stephane.

- Jeśli tu zostaniecie, Rosjanie odbiorą Sartre’owi nie tylko życie, ale i honor – ponaglał Albert Camus, gdy siedzieli w piwiarni Balzar nieopodal Sorbony.

- Do diabła, kim ja będę w Brazylii – żalił się Sartre przed Beauvoir.

Pochodzący z Węgier Arthur Koestler, autor głośnej antystalinowskiej książki „Ciemność w południe” (pierwsze wydanie francuskie – 800 tys. egz.!), dostawał szału, patrząc na paryskich koryfeuszy, którzy gremialnie żeglowali w stronę Francuskiej Partii Komunistycznej. Tylko Albert Camus i André Malraux – bohaterowie ruchu oporu – byli nieugięci: – Jeśli przyjdą Rosjanie, pójdziemy do lasu.

W rosyjskiej restauracji Koestler z wściekłości rozbił szklankę na głowie Sartre’a: – Nie ma przyjaźni bez zgodności politycznej!

„Na parterze hotelu był wtedy mały, obity skórą bar, ulubiona mordownia dzianych członków paryskiej bohemy. Zezowaty, szarobury, ssący fajkę Sartre i jego towarzyszka, wieczna stara panna de Beauvoir siedzieli w kącie wsparci o ścianę jak dwie porzucone lalki brzuchomówcy. Widywałem często Koestlera, wciąż pijanego, agresywnego karła, zawsze skłonnego do walki na pięści. Bywał tam także Camus – drobny, ogolony mężczyzna o szorstkich ciemnych włosach, żywych oczach i zatroskanym, bezustannie zasłuchanym wyrazie twarzy: wydawał się przystępny”. Tak zapamiętał ich w barze hotelu Pont-Royal amerykański pisarz Truman Capote w skandalizującej książce „Spełnione życzenia”.

„Mandaryni” na indeksie

„Gdy wspominam tamten czas, gwałtowne kłótnie, nadmierne picie, zgody i niezgody, dziwię się, że nie pojmowałam, iż kończy się nasza przyjaźń z Camusem. Chcieliśmy, by z nami pozostał. Mimo wszelkich różnic Camus był uczciwy i godny zaufania. Koestler nigdy nie był politycznie uczciwy, bo jego antykomunizm czynił go nieracjonalnym, może nawet

szalonym” – pisała Beauvoir.

Albert Camus w październiku 1951 r. opublikował eseje „Człowiek zbuntowany”. Podważył w nich sens rewolucji. Sartre w „Les Temps Modernes” odpowiedział druzgocącą krytyką tego przenikliwego dzieła.

Dla Sartre’a i jego pisma rozpoczął się etap zbliżenia z komunistami. Beauvoir nie chciała tego, przewidywała: – Stracimy naszą prawdę.

Ale szefem pisma był Sartre. Uznał, że w dwubiegunowym świecie trzeba się za kimś opowiedzieć. Do tego kroku gorąco zachęcał go Claude Lanzmann, redaktor jego pisma, później twórca filmu „Shoah”.

O wyborach ideowych swojego środowiska Beauvoir napisała powieść „Mandaryni”, dodała wątki miłosne i autobiograficzne. Bohaterami byli: ona, Sartre, Algren, Camus. Za „Mandarynów” dostała w 1955 r. Nagrodę Goncourtów.

Z „Mandarynami” i „Drugą płcią” trafiła na watykański indeks ksiąg zakazanych.

„Autorka uważa ideę małżeństwa za żart i broni wolnej miłości. Wszystko jest dla niej dobre, jeśli pozwoli kobiecie uwolnić się od zniewolenia macierzyństwem. Broni wyzwolenia kobiet, ale głównie od praw moralnych, oskarża Kościół katolicki, iż jest przeciwny emancypacji. Kościół musi potępić całą mocą swego autorytetu te amoralne doktryny, które depczą istotę dobra i świętość rodziny”. Tak centrowy dziennik „Le Monde” komentował decyzję Stolicy Apostolskiej.

Apartamencik przy rue Schoelcher

- Kiedy odłożyłam słuchawkę, rozpłakałam się ze szczęścia, że jeszcze komuś na mnie zależy. Miałam 43 lata, Claude Lanzmann 27 – opowiadała Simone w rozmowie z Deirdre Bair. Lanzmann zaprosił Simone do kina: – Byłem poruszony jej cudowną twarzą, która promieniała inteligencją.

Był jedynym mężczyzną, z którym Simone zamieszkała (z Sartre’em zawsze mieszkali oddzielnie).

Beauvoir kupiła sobie apartamencik przy 11 bis rue Schoelcher z widokiem na cmentarz Montparnasse.

„Obecność Lanzmana uwolniła mnie od ciężaru lat – pisała. – Dzięki niemu odzyskałam radość, zdumienie, niepokój, śmiech i świeżość świata”.

Byli ze sobą do 1959 r. Potem Lanzmann znalazł sobie młodszą.

W latach 1957-72 opublikowała cztery tomy autobiografii. Dwa ostatnie były bezkrytycznymi apologiami działań, przemyśleń i pism Sartre’a. Stały się bestsellerami.

Woltera się nie zamyka

„Nie wracajcie do Francji. Grozi wam śmierć” – depeszował Lanzmann. Telegram zastał Beauvoir i Sartre’a w brazylijskim mieście Recife. Przed wyjazdem na wykłady Beauvoir i Sartre podpisali manifest 121 intelektualistów przeciwko torturom w Algierii – trwała tam wojna o wyzwolenie. Numer „Les Temps Modernes” z wydrukowanym manifestem został skonfiskowany. Polami Elizejskimi przemaszerowali weterani wojenni, krzycząc „Zabić Sartre’a i Beauvoir!”. Współpracownicy prezydenta de Gaulle’a naciskali, by Sartre’a aresztować zaraz po powrocie.

- Ależ moi panowie. Nie zamyka się Woltera – uciął dyskusje generał de Gaulle.

- Sartre, wracamy – orzekła Beauvoir. – Lanzmann histeryzuje, a śmierć grozi nam tutaj.

Po wykładzie w Recife Sartre zaprosił do hotelu studentkę Christinę T. W pokoju filozof usiłował pozbawić ją czci. Dziewczyna próbowała wyskoczyć oknem. Sartre’a musiała potem chronić policja, bo rodzina Christiny czatowała na myśliciela z karabinami.

Gdy Beauvoir i Sartre wrócili z Brazylii w kwietniu 1961 r., zwolennicy Algierii francuskiej grozili Sartre’owi śmiercią. 19 lipca przed jego mieszkaniem przy rue de Bonaparte wybuchła bomba. Nie mógł wynająć nowego mieszkania, w hotelach odmawiano mu rezerwacji. Beauvoir towarzyszyła filozofowi w kilkumiesięcznej tułaczce po mieszkaniach użyczanych

po cichu przez znajomych.

Tyle forsy, Simone, tyle forsy

- Sartre nie przyjął literackiego Nobla, bo nie chciał urazić Simone – powiedział komentator Radia Paryż w 1964 r.

- Odrzucam tę burżuazyjną nagrodę, bo nigdy przedtem nie otrzymał jej człowiek lewicy – oznajmił Sartre.

- Tyle forsy, kurczę, tyle forsy. Jak szkoda – żałował potem, siedząc z Beauvoir w kawiarni Deux Magots.

Na pociechę adoptował 25 stycznia 1965 r. Arlette Elkaim – swoją o 30 lat młodszą kochankę.

Urażona Simone kilka lat później adoptowała swoją duchową wychowanicę Sylvię le Bon.

W latach 60. egzystencjalizm wychodził z mody. Pojawiły się: nowa powieść, strukturalizm, dekonstruktywizm. I nowe nazwiska: Michel Butor, Jacques Derrida, Claude Simon, Roland Barthes. Sartre z Beauvoir podróżowali po demoludach, gdzie przyjmowano ich po królewsku.

Sartre nadal pisał mnóstwo. Brał leki pobudzające, popijał je litrami czerwonego wina. Uwagi Beauvoir, które niegdyś tak cenił, teraz denerwowały filozofa. Często był zbyt pijany lub odurzony, by ją zrozumieć.

„Młodzi ludzie podniecali starzejącego się i schorowanego człowieka rewolucyjną retoryką” – pisze Deirdre Bair.

- Gromadziło się wokół niego stado młodych kobiet. Nie trudziłam się, by zapamiętać ich nazwiska. Były prostackie – wspominała Beauvoir.

Epidemia wszarzy

- Słyszałam ryk tłumu i odgłosy eksplozji. Reporter Radia Luxembourg zdyszanym głosem relacjonował starcia na bulwarze Saint-Germain. Zamieszki przeradzały się w powstanie studenckie.

Podczas zajść ulicznych z 6 maja 1968 r. Sartre pracował nad biografią Flauberta, a Beauvoir nad książką o starości.

Lider studentów Daniel Cohn-Bendit szukał kontaktu z Sartre’em. Uznał, że studentom przyda się aprobata filozofa, który ma największe spośród intelektualistów przebicie w mediach.

Dwa dni po zajściach z 6 maja Sartre i Beauvoir podpisali apel intelektualistów wzywający robotników

do wsparcia studentów. A 12 maja Sartre – poprzez mikrofony Radia Luxembourg – wezwał studentów Francji, by znów wyszli na ulice i obalili „zmurszały system burżuazyjnej pseudodemokracji”.

20 maja w wypełnionej auli Sorbony intelektualiści zapewniali studentów o swym poparciu. Studenci zwracali się do Sartre’a per „Jean-Paul” i pytali, kiedy naprawdę zerwie z burżuazją i opowie się za linią przewodniczącego Mao.

Simone czekała na Sartre’a w kawiarni nieopodal uczelni – nie znosiła tłoku. Przed spotkaniem na Sorbonie przeszła się po korytarzach uczelni, którą w XII wieku współzakładał jej praszczur Guillaume de Champeaux: – Kłębiły się tam gromady bitników, kurew, narkomanów, kloszardów, podstarzałych wiecznych studentów. Wielki polityczny spektakl zastąpiła epidemia wszarzy.

A kiedy Sartre wyszedł ze spotkania: – Ujrzałam, jak idzie do mnie malutki i drobny, otoczony rosłymi studentami. Popychali go, szarpali za rękawy i wymyślali, że nie jest dość maoistowski.

- Sartre! Do domu! – zaordynowała wzburzona Beauvoir i pognała studentów precz. Byli na nią wściekli.

W sprawie Mao gonili złodzieja

- Od 1881 r. we Francji nie aresztowano wydawcy. Co za wstyd – oburzała się Simone, gdy 22 marca 1970 r. policja zatrzymała Jeana Pierre’a le Dantec’a, redaktora maoistowskiego pisma „La Cause du peuple”.

Pod wpływem młodzieży Sartre bardzo zbliżył się do maoizmu. Jego „Les Temps Modernes” podążały w tym samym kierunku. Beauvoir zalecała Sartre’owi ostrożność: – Ja nie jestem tak nierozsądna, by uważać, że maoiści wywołają wkrótce rewolucję. Ich triumfalizm jest żałośnie naiwny.

- Przejmuję funkcję redaktora „La Cause du peuple” na znak solidarności z działaniami, których zamiarem jest danie masom impulsu rewolucyjnego – oznajmił Sartre 1 maja, po aresztowaniu kolejnego redaktora.

Beauvoir znów protestowała. Jednak Sartre pragnął, by było o nim głośno. Wymyślił akcję ulicznej sprzedaży nielegalnej gazety.

- Kupujcie „La Cause du pueple” – krzyczał w alei Leclerca, sprzedając pismo z Beauvoir i jej „Rodziną” w towarzystwie tłumu reporterów. Przed stacją metra Alesia młody policjant złapał Sartre’a za łokieć, wyrwał mu naręcze gazet i zażądał dokumentów.

- Aresztujesz laureata Nagrody Nobla, durniu! – zawołał przechodzień.

Policjant zmieszał się i w pośpiechu odszedł, trzymając pod pachą resztki gazet.

- Łapaj złodzieja! – krzyknęła Beauvoir.

Jej gromadka ruszyła biegiem za policjantem. Dopadli go, wyrwali gazety, policjant uciekł, gubiąc czapkę. Przechodnie ryczeli ze śmiechu. Reporterzy robili zdjęcia.

Gromadka wstąpiła do kawiarni, by opić zwycięstwo nad siłami burżuazji.

Niech żyją kobiety!

- Współczesny feminizm narodził się wiosną 1968 r. podczas rewolucji studenckiej – ogłosiła Beauvoir. – Dziewczęta pojęły wtedy, że chłopcy nie traktują ich równoprawnie. Chłopcy stali na mównicach i głosili egzaltowane mowy o sprawiedliwości społecznej. A dziewczyny siedziały na zapleczu i parzyły im kawę.

W 1970 r. o współpracę zwróciły się do Beauvoir francuskie feministki z Ruchu Wyzwolenia Kobiet.

- Prawa Francji są haniebne. Francuzka nie może decydować o swoim macierzyństwie. Nawet jeśli w łonie nosi potwora, musi wydać go na świat!

Te słowa Simone wygłosiła wzburzonym głosem podczas wiecu w listopadzie 1970 r. Pisała i podpisywała petycje. Udostępniała mieszkanie dla – nielegalnych wówczas – zabiegów aborcji.

- Widok kobiety karmiącej piersią zawsze napawał mnie odrazą. Za nic nie chciałam stać się niewolnicą tych małych stworów. Zresztą… miałam Sartre’a i nie potrzebowałam substytutu w miniaturze – mówiła w rozmowie z Deirdre Bair.

„Na starość stała się feministką, ale całe jej życie

z Sartre’em odzwierciedla tradycyjny seksistowski podział pracy – zauważyła włoska badaczka Anna Boschetti. – Sartre rozwijał egzystencjaizm. A Beauvoir pełniła rolę pomocniczą: wspierała myśliciela, podtrzymywała na duchu, tłumaczyła jego idee”.

Beauvoir przyznała rację Boschetti, ale dodała: – Sartre był geniuszem. Jego koledzy też akceptowali intelektualną wyższość Sartre’a. Asystowanie pracy mędrca nie przynosi ujmy.

Beauvoir zawsze widziała sens w działaniu politycznym. Ale nie sądziła, by udział pojedynczych kobiet we władzy mógł wpłynąć na złagodzenie obyczajów w polityce: – Popatrzcie na Indirę Gandhi albo Margaret Thatcher. Prowadzą wojny jak mężczyźni. Gdy kobieta znajdzie się w ich świecie, stara się mężczyznom dorównać. Daje to opłakane skutki.

„Beauvoir w swojej publicystyce nie dawała spójnych teorii, na których można by budować nowe modele zachowań feministek – pisze Deirdre Bair. – Ale jednak była duchową matką młodej generacji feministek. We współczesnej literaturze nie było innej kobiety tak mocno związanej z głównym nurtem wydarzeń społecznych”.

Chce mi się żyć

- Starość jest nieubłaganie realna. Człowiek doświadcza jej, ale nie chce o niej mówić, choć przecież o niej myśli – powiedziała Beauvoir.

Wydaną w styczniu 1970 r. rozprawę „Starość” publiczność i krytyka przyjęły z zachwytem.

- O starości na serio zaczęłam myśleć po pięćdziesiątce – mówiła w wywiadzie dla „Newsweeka”. – Kobiety są zaszokowane, kiedy ona nadchodzi. Ze swoistą fascynacją patrzyłam na zmieniające się rok po roku ciało: śmierć nie jest brutalnym wydarzeniem umiejscowionym gdzieś w odległej przyszłości. Ona już się rozpoczęła.

Pisała: „Stuknęła mi czterdziestka. Ledwo wyszłam z tego szoku, a już ze zdumieniem odkryłam, że wybiła pięćdziesiątka. Wprost nie mogę uwierzyć. Wszak umysł mam tak młody!”.

- To przeszło tak szybko. Jednego dnia byliśmy główną atrakcją Saint-Germain des Pres, a następnego dnia świat całkowicie zmienił patrzenie na politykę i literaturę. Moją obroną jest praca. Niemal nic nie może powstrzymać mnie od pracy. Znajduję się na krawędzi starości, ale wiele smutnych rzeczy, o których piszę, nie dotyczy mnie. Chcę żyć pełnią do końca mych dni.

Tak żyła, do 1986 r. Sartre’a pochowała pięć lat wcześniej: – Odniosłam na pewno przynajmniej jeden prawdziwy sukces: mój związek z Sartre’em. Miłość ciał i dusz, która z czasem przerodziła się w miłość intelektów.

http://kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53662,698838.html

Lubisz ten wpis? Podziel się:
  • Digg
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Add to favorites
  • FriendFeed
  • LinkedIn
  • MySpace
  • PDF
  • RSS
  • Twitter
  • Wykop
  • Yahoo! Bookmarks